Lidia L.C./ Miłość i jej budowanie

Jeśli myślisz, że żona Ekwadorczyka to ma takie lekkie życie to jesteś w wielkim błędzie. Lekkie to ono nie jest, za to pełne miłości, słońca, bezpieczeństwa i Boga. O tym, jak to się stało, że jestem żoną Ekwadorczyka będę opowiadać w wideo na moim kanale na YT. Dziś napiszę Ci o tym, jak się żyje w małżeństwie międzynarodowym i czym mnie ono zaskoczyło. 

Prawdziwie moje małżeństwo jest zaskakujące. Dlatego, jak przeczytałam, że na piąty dzień akcji Tygodnia Małżeństwa będzie właśnie ten temat, uśmiechnęłam się od ucha do ucha. Od razu przyszedł mi do głowy tytuł: Żona Ekwadorczyka i pomysł, że napiszę lekki, sympatyczny i radosny tekst o życiu w małżeństwie międzynarodowym. Tak, żeby dobrze się czytało do kawy z niedzielnego popołudnia.

Żona Ekwadorczyka

To, co najbardziej jest zaskakujące w moim małżeństwie to jest to, że w ogóle wyszłam za mąż za Ekwadorczyka! Zawsze miałam nastawienie, że tylko Polak i tylko Polak. No właśnie, tylko, że z żadnym Polakiem nie wyszła mi relacja. I oto pewnego, pięknego dnia Pan Bóg zrobił mi dowcip. Postawił na mojej drodze obcokrajowca i to jeszcze z kraju spoza UE! Nie dość, że nigdy nie miałam styczności z człowiekiem z innej półkuli ziemskiej to jeszcze w ogóle miałam lęk do obcokrajowców. Bo to przecież takie nieznane. No to sobie wyobraź moje przerażenie, gdy na pierwszej randce wyjął aparat i zaczął robić mi zdjęcia. Już myślałam, że mnie porwie i wywiezie do Ameryki Południowej na handel żywym towarem! Ostatecznie wywiózł mnie do Ekwadoru, ale całkowicie za moim przyzwoleniem i jako szczęśliwą żonę.

Kiedy zaczęliśmy częściej się spotykać, Pan Bóg powoli otwierał moje serce na tego  wyjątkowego człowieka. Zauważyłam, że jest bardzo kulturalny, szarmancki, romantyczny, łagodny i dobry. Nie uciekł, gdy mu powiedziałam, że nie jestem zainteresowana „chodzeniem ze sobą”, lecz szukam kandydata na męża. Nie uciekł, gdy powiedziałam o czystości przedmałżeńskiej. Nie uciekł, gdy zaproponowałam pierwsze spotkanie w kościele na Mszy Świętej. Nie uciekł,a ja też nie i tak jesteśmy razem i to już na zawsze.

Zimowe trudności

Jako para przeżyliśmy wspólnie jedną zimę, a jako małżeństwo dwie. Potem wylecieliśmy do Ekwadoru. Zimy dla mojego męża były trudne, naprawdę wymagające. A ja jeszcze miałam psa, którego mąż odziedziczył razem ze mną i z którym wychodziliśmy na zmianę, nawet w mróz. Zawsze wywiązywał się z tego obowiązku, choć go to kosztowało. Zawsze nosił grubą kurtkę z polarem, pod spodniami ciepłe kalesony, na rękach grube rękawiczki i na głowię czapkę pilotkę z uszami, a usta zakrywał szalikiem. Czasami wyglądał, jak bandzior, ale gwarantuję, że z bandziora to on nic nie ma 😉 Ta czapka była tak gruba, że spod niej wystawał tylko okrągły nos i ledwo widoczne oczy przykryte grubymi brwiami, na których osadzał się szron lub śnieg. Osobiście nie lubię zimy. Ma swój urok, ale zdecydowanie wolę wiosnę, lato. Jednak zimy spędzone z moim małżonkiem wspominam bardzo ciepło i z nostalgią uśmiecham się do tych wspomnień.

Nieporozumienia językowe

I wcale mi nie chodzi tutaj o to, że mój mąż jest Native Speakerem języka hiszpańskiego, a ja polskiego. Mój małżonek świetnie mówi po polsku i jak ktoś nas pyta, dlaczego nie mówi do mnie po hiszpańsku, skoro już znam ten język, to zawsze odpowiedź jest ta sama: „Bo polski jest naszym językiem miłości!” Mój mąż kocha Polskę i mówienie po polsku kosztowało go wiele czasu nauki, którą podejmował i wciąż podejmuje samodzielnie. Ciągle mnie prosi, bym go poprawiała i z radością wyłapuje potoczne określenia, jakich zdarza mi się używać podczas rozmowy. Ostatnio nauczył się Tak czy siak. 

Paradoksalnie nasze nieporozumienia wynikają ze skrótów myślowych, jakie oboje stosujemy! Ups… Nie dość, że ja myślę po polsku, a on po hiszpańsku, to jeszcze mu dowalę zdanie skrócone w swym sensie i potem się dziwię, że mąż przyjechał po mnie po 15 minutach od telefonu, a nie po 3 godzinach, jak myślałam. Raz z takiego słownego nieporozumienia mało nie wybuchła porządna awantura, bo przez telefon źle zrozumiałam męża i myślałam, że mnie okłamał. Pierwszy raz odkąd się znamy! Już w mojej głowie tworzył się dramat rozbitego serca i podeptanej miłości, gdy się okazało, że mi nie dopowiedział kontekstu sytuacji. Taki drobiazg, a jak wiele zmienia.

Gdzie będziemy mieszkać?

Nieodzownym (aktualnie) elementem mojego małżeńskiego życia jest mieszkanie w Ekwadorze. Mój mąż był nastawiony na mieszkanie w Polsce, na znoszenie trudów zimy do końca jego życia. Nie przypuszczał, że jakakolwiek Polka wyrazi zgodę na przeprowadzkę do jego rodzinnego kraju. Bardzo go zaskoczyłam, gdy jakieś dwa tygodnie przez ślubem powiedziałam coś takiego, że chciałabym polecieć do Ekwadoru, a może tam zamieszkać na jakiś czas. Półtorej roku później okazało się to bardzo realne.

Znowu z drugiej strony to mój małżonek mnie bardzo zaskoczył. Kiedy mi się oświadczał, nie wiedziałam nic o jego stanie konta. Wystarczyła mi informacja, że jest człowiekiem zaradnym; że pracuje w szkole i jest wstanie utrzymać się w obcym dla siebie państwie;  że jest pracowity i nie ma żadnych długów; że nie przeszkadzało mu, że w momencie poznania mnie nie miałam żadnej, stabilnej pracy, jednie dorywcze i żyłam z oszczędności; że nie miał problemu z tym, że czasowo będę pracowała fizycznie w kiosku na Dworcu Centralnym w Warszawie. Nie przyszło mi do głowy pytać go, o to, ile zarabia, bo sama wtedy szukałam lepszej pracy.

Niesamowitym pozytywnym szokiem była informacja, że mój narzeczony ma oszczędności przeznaczone na mieszkanie dla nas. Kwota okazała się za mała, żeby spokojnie kupić mieszkanie w Warszawie, ale za to, z niewielką pożyczką, kupiliśmy mieszkanie w Quito i to w bardzo dobrej cenie! Myślę, że to była jedna z lepszych niespodzianek mojego małżeństwa. Szczęście? Nic z tych rzeczy. Przezorność, uczciwość i mądrość mojego męża, który od najmłodszych lat pracował i oszczędzał z myślą, żeby kupić własne mieszkanie.

Różnice kulturowe

Jak już wspomniałam wcześniej, częścią mojego małżeństwa jest mieszkać w Ekwadorze. Chciałam tego, bo zależało mi na lepszy zrozumienia mojego męża. Dzięki temu mogłam poznać jego rodzinę, przyjaciół, kulturę, język, szkoły, w których się uczył, miejsca, w których pracował oraz jego piękny i niedoceniany przez turystów kraj. Oczywiście, zanim się nauczyłam, jacy są ludzie tutaj, zdążyłam zrobić gafy kulturowe.

Przykładowo źle widzianym jest, gdy ktoś nie odbiera telefonu. Ja natomiast mam tak, że jak nie mogę odebrać to tego nie robię i ewentualnie później oddzwaniam. Musiałam nauczyć moich teściów, że gdy nie odbieram nie oznacza, że nie chcę z nimi rozmawiać, lecz była tego inna przyczyna np. miałam wyciszone dźwięki. Tutaj ludzie potrafią odebrać telefon nawet w kościele podczas Mszy Świętej, by powiedzieć, że nie mogą teraz rozmawiać, bo są na Mszy!

Inna kwestia to: zawsze być miłym, nawet za cenę mówienie kłamstwa. Na początku byłam źle odbierana przez ludzi, bo mówiłam bezpośrednio, co myślę lub że czegoś nie lubię i mówię prawdę, choć muszę zdecydowanie popracować nad tym, by wyrażać ją w bardziej delikatny sposób. Tak zraziłam przyjaciół mojego męża, gdy wyraziłam bezpośrednio negatywną opinię o tym, że małżeństwo, które je posiłki osobno w niedziele: on u swoich rodziców, ona u swoich, postępuję przeciwko budowaniu relacji w swoim związku. Było to powiedziane w kontekście ich postępowania. Oczywiście zostałam odebrana, jako osoba niekulturalna czy źle wychowana.

Też ludzie tutaj, bardziej starsi, nić młodzież, nie odmawiają zaproszeń. I moja teściowa bardzo się zdziwiła, kiedy w niedzielę popołudniu zadzwoniła, że przygotowała domowe bułeczki i zaprasza do siebie na kawę. Wtedy tego nie wiedziała, ale obraziła się na mnie, że odmówiłam, bo źle się czułam i nie miałam ochoty wyjść z domu. Podobnie musieliśmy nauczyć naszych przyjaciół, że jak chcą z nami pojechać poza miasto to musimy się razem zorganizować wcześniej, a nie tego samego dnia rano dzwonią, że za godzinę jadą i chcą nas zaprosić. To miłe i rozczulające, że ludzie chcą nas do siebie zapraszać, ale dla mnie jest nie do pojęcia, jak mogą to robić na ostatnią chwilę.

Ostatni różnica kulturowa, która bardzo mnie zaskoczyła jest to, że ludzie tutaj mają bardzo silne więzi rodzinne. Często małżeństwa spędzają całe weekendy z rodzicami żony lub męża, sami małżonkowie potrafią na tygodniu, po pracy pojechać do rodziców, żeby z nimi spędzić czas. Mi się to w głowie nie mieści! Dlatego, jak tylko zauważyłam tę tendencję u małżeństw zaprzyjaźnionych z nami, podniosłam alarm, żeby u nas tak nie było. Włożyłam solidną pracę w to, by mój mąż chciał spędzać czas ze mną, a nie ze swoimi rodzicami, których szczerze kocham i szanuję, ale wszystko ma swój czas i miejsce. Mamy taką naszą tradycję, że raz w tygodniu przyjmujemy zaproszenie od mojej teściowej, by jeść obiad u niej, ale nie częściej. Czas wolny jest dla naszego małżeństwa, a reszta rodziny musi na nas poczekać. Taka kolej rzeczy.

 

Po 4 latach wspólnego życia. Taki bilans z przymrużeniem oka 😉

A na koniec zrobiłam takie zabawne podsumowanie naszych czterech lat małżeństwa. We wszystkich stwierdzeniach kryje się prawda, lecz należy ją traktować z uśmiechem i lekko niepoważnie. No bo kto mi uwierzy, że mój mąż przemienia się w wielkiego, zielonego stwora. Przecież to okaz łagodności i cierpliwości! No normalnie chodząca oaza pokoju, do momentu, aż wyprowadzę tę oazę z równowagi.

Plusy

Minusy

  • duuuużo radości i to na wysokim poziomie
  • duuuużo filmów razem obejrzanych
  • duuuużo wspólnych rozmów
  • duuuużo dobrych aktów małżeńskich
  • duuuużo wspólnych Mszy Świętych
  • duuuużo wspólnych modlitw
  • duuuużo wspólnych posiłków
  • duuuużo słońca i ciepła (mieszkam niemalże na równiku :P)
  • duuuużo żartów i spotkań z przyjaciółmi
  • duuuużo zdrowej i pięknej relacji z moją teściową (ekwadorska mama)
  • duuuużo języka hiszpańskiego
  • duuuużo wolności zawodowej i twórczej
  • duuuużo zdrowego jedzenia
  • duuuużo mocnego snu wynikającego z poczucia bezpieczeństwa
  • poranne wstawanie
  • drobne sprzeczki
  • mieszkanie daleko od polskiej rodziny
  • czasami mój mąż robi się „duży i zielony” (kto oglądał Hulka, ten wie, o co chodzi 😉
  • koniec z szafą z krzesła i innymi objawami „artystycznego nieładu”
  • nauka posłuszeństwa mężowi (to mnie serio mega kosztuje)
  • wspólne pieniądze (koniec niezależności! :P)

Jak widać jest więcej plusów, niż minusów. Jestem zadowolona z mojego życia w małżeństwie międzynarodowym i szczęśliwą żoną Ekwadorczyka. Kocham mojego A. z całego serca i nie zamieniłabym go na żadnego innego mężczyznę na świecie. I życzę Tobie takiej miłości w małżeństwie i świadomości dobra płynącego z tej miłości. Niech Bóg błogosławi Tobie, Twojemu małżeństwu i całej rodzinie!

Share this Post